Baner

Inne

Balonowy lis

    Oryginalny i niecodzienny pomysł mieli przedwojenni inżynierowie Państwowej Fabryki Związków Azotowych w Mościcach, którzy założyli przy fabryce Mościcki Klub Balonowy. Zauroczeni cudownym widokiem kulistych form na niebie, podczas rozgrywanych po raz pierwszy w Mościcach w roku 1934 zawodów balonowych (krajowe eliminacje do Pucharu Gordona Bennetta), postanowili połączyć sport balonowy z ich ulubionym sportem automobilowym. Podczas wieczornego spotkania w klubie narodziła się rewolucyjna, całkiem nowa idea pogoni za lisem. Ponieważ typowa, konna pogoń za lisem (polowanie par force) dostępna była tylko nielicznym, wysoko urodzonym, z co najmniej kilkoma pałkami w herbie, postanowiono opracować bardziej demokratyczne zasady udziału w pogoni za „lisem balonowym”. Znany myśliwy, działacz łowiecki inż. Karol Hülle oraz inż. Krynicki opracowali szczegółowo zasady i regulamin gry. Warunkiem uczestnictwa było posiadanie pojazdu, automobilu lub motocykla. Oprócz kierowcy w pogoni za lisem mogła brać udział druga osoba w charakterze pilota, pomocna w namierzaniu przemieszczającego się balonu. Natychmiast zarządzono składkę na pokrycie kosztów zawodów, a przede wszystkim na zakup balonu który miał stać się lisem.

    Nie upłynęły dwa miesiące i już na błoniach za fabryką zawisła w powietrzu wielka, barwna kula z podwieszoną gondolą, którą pilotował mistrz aeronautyki, chorąży pułku lotniczego, pan Szuber z Sanoka. Za pół godziny od startu balonu dano znak automobilistom do rozpoczęcia pogoni. Tak też pierwszą pogoń za lisem wspomina, zapewne na podstawie opowiadań swojego dziadka inż. Karola Hülle, jego wnuk Paweł Huelle w swojej książce „Mercedes Benz”: „proszę sobie wyobrazić to podniecenie zgromadzonych automobilistów, gdy za pół godziny później dano znak, że mogą się rozjechać w poszukiwaniu pędzonej wiatrem kuli, lecz zanim rozkręciły się startery, zanim piloci rozłożyli mapy, najpierw szukano kontaktu wzrokowego przez lornetki, bo przecież trzeba było wiedzieć w którą stronę poszybował balon, czy jechać na północ do Szczucina, czy wręcz przeciwnie, ku Zbylitowskiej Górze; no więc tak to mniej więcej wyglądało – pan Mierzejewski wskakiwał do swojego ogromnego packarda, w którym zazwyczaj woził ośmioro dzieci, pan Natowski zatrzaskiwał drzwiczki swojej hanzy, pan Hennel ruszał z kopyta piękną tatrą, pan Kubiński śrubował już na starcie obroty dwusuwowego DKW, a Jerzy Gieorgiades, którego wszyscy brali za Ormianina, a który był po prostu Grekiem, ścigał tego balonowego lisa wspaniałą chevroletą, pan Wasilkowski buickiem, natomiast inżynier Hobbler dwudrzwiowym BMW, w przeciwieństwie do inżyniera Wojnarskiego, który za balonem pędził czterodrzwiowym oplem olimpią i, naturalnie, to nie byli wszyscy, dodać tu trzeba pana Zbigniewa Krystka na oplu kapitanie, pana Żabę na fiacie 504, pana Mrowca w fiacie 1100, pana Krynickiego w steyrze, pana Zacharewicza na starym fordzie, oraz panią Kszyszkowską w adlerze – juniorze, zaś co do Mercedesów – to było ich w Mościcach trzy, oprócz dziadka Karola taką marką jeździli doktor Świerczewski oraz inżynier Śledziński, z tym że te dwa modele to były stosiedemdziesiątki dwudrzwiowe, dziadek natomiast wierny był nieodmiennie wersji czterodrzwiowej, no i w zawodach startowali także motocykliści na arielach, BMW, zundappach, BSA, Victoriach, Indianach oraz harleyach dawidsonach…ta czterodrzwiowa stosiedemdziesiątka przynosiła mojemu dziadkowi w zawodach nieodmiennie szczęście, któremu dopomagała , rzecz jasna, babka Maria jako pilot, i zanim wyruszyli w pogoń za balonem, dziadek przez kilka wieczorów słuchał radiowej prognozy pogody, wychodził nocą na dach domu, by obserwować niebo i chmury, a także konfigurację planet, następnie zasiadał w swoim gabinecie nad mapą, kreśląc prawdopodobne trajektorie balonowego lotu przy wszystkich możliwych kierunkach i nasileniach wiatru, a wreszcie to przeliczał i zapisywał w notesie w postaci tabel i wykresów i pewnie dlatego zawsze udawało mu się wygrać, zawsze zdobywał to trofeum, no bo gdy tylko tuż po starcie namierzali balon, babka Maria spoglądała na tabele, mówiąc – za trzy kwadranse będzie nad Zakliczynem, droga numer trzynaście, wariant pierwszy, na drugim rozjeździe w lewo na Zgłobice – więc dziadek natychmiast pędził najkrótszą drogą, a jeśli raptownie zmieniły się kierunek albo siła wiatru, zatrzymywał na chwilę samochód, by błyskawicznie ustawić na poboczu skonstruowany przez siebie przyrząd, wiatraczek na rozciąganej tyczce , z którego precyzyjnie odczytane dane babka natychmiast wprowadzała do tabelek, i znów ruszali w pogoń, wyposażeni w nawigacyjną zmienną, która bezbłędnie określała nowe położenie balonu z pomocą całek oraz logarytmów, i zawsze udawało im się przed innymi dopędzić powietrznego lisa, czy to było w Mszanie, Izdebnej czy Wierzchosławicach, no i niech pani sobie wyobrazi ten piękny widok: dziadek Karol zatrzymuje Mercedesa na poboczu bitej drogi i biegnie przez łąkę, aby zgodnie z regulaminem znaleźć się jak najbliżej punktu pod gondolą, następnie wyjmuje trąbkę i gra myśliwskie zawołanie, na dźwięk którego aeronauta chorąży Szuber z Sanoka, zobowiązany jest natychmiast przerwać lot, zamykając gazową maszynkę do podgrzewania powietrza, więc już się widzą, już do siebie machają i chorąży Szuber rzuca w dół kotwiczną linkę z przyczepioną do niej lisią kitą, którą łapie mój dziadek, i za każdym razem to jest najszczęśliwsza chwila w jego życiu, bo już przez łąkę nadbiega babka Maria i ściskają się nawzajem, całują, śpiewają, tańczą, a chorąży Szuber dobywa regulaminową butelkę szampana i trzy kryształowe kieliszki z drewnianej kaszty, po czym piją za zwycięstwo, podczas gdy drogą nadciągają inne samochody i motocykle, i to musiało być rzeczywiście fantastyczne poczucie, wygrać takie zawody – no bo niech pan zważy, że zgodnie z ich regulaminem tryumfował tylko jeden zawodnik i jego pilot, nie mogło być bowiem miejsca drugiego i trzeciego, tak samo jak w pogoni konnej, gdzie jeden tylko jeździec zrywa kitę i zgarnia wszystko, i jest prawdziwym , bo jedynym królem, kiedy na jego cześć wieczorem wszyscy piją w klubie (…) nagroda za zwycięstwo w tych zawodach była czysto honorowa, stanowił ją mosiężny znaczek w kształcie lisa z napisem: Mościce, pogoń za balonem, no i do tego data, ponadto zwycięzca stawiał w klubie pierwsze trzy kolejki, więc jeśli chodzi o empiryczną stronę zagadnienia, to musiał do tego honoru i splendoru dopłacić parę groszy…”

                            
 



Oprac.: Wiesław Szura
Źródło: Paweł Huelle, „Mercedes Benz. Z listów do Hrabala”, Kraków 2001.

Warto zobaczyć

 

Peak Tractable
Marketing Studio